Maski, które niszczą Twoje życie

Jesteś przebodźcowany, ale się uśmiechasz. Jesteś zły, ale mówisz, że wszystko jest ok. Ktoś Ci ubliżył, ale go nie ripostujesz. Ktoś Cię skrzywdził, ale to Ty przepraszasz.

Dlaczego? Żeby nie doświadczyć społecznego odrzucenia. Każdego dnia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zakładamy maski, żeby pasować/żeby nie odstawać. 

I doznajemy przez to frustracji, zagubienia, rozterek wewnętrznych. Bo chcielibyśmy być sobą, żyć po swojemu. Wydaje nam się, że mamy pracę, dom, rodzinę, pieniądze i możemy żyć jak chcemy. Ale prawda jest taka, że każdego dnia odgrywamy więcej jak jedną rolę.

Rolę matki, żony, kochanki, siostry, córki, wnuczki, pracownika, przełożonego…każda rola to inna scena, inny dialog. 

Dostosowywanie się do sytuacji i norm społecznych jest procesem absolutnie naturalnym. Bez tego nie moglibyśmy żyć w grupie społecznej. To normalne, a nawet pożądane, żeby umieć się zaadoptować.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta adaptacja wymaga od nas nieustannego przekraczania naszych granic. Kiedy zaczynamy się kierować nie kulturą i obyczajem, a strachem.

Bo ten strach, strach przed odrzuceniem, przed wstydem, przed samotnością potrafi sprawić, że nie tylko postępujemy wbrew sobie, ale też zmienia się nasza osobowość. I nie zawsze jest to tym, czego potrzebujemy.

Nasza uległość wobec innych wbrew naszym potrzebom i zasadom, powoduje, że w pewnym momencie stajemy się więźniami świata, który stworzyliśmy.

Przykładowo: jeśli nie lubisz gości w domu, a zmuszasz się, żeby co tydzień przyjmować przyjaciół i rodzinę, to nie ma to nic wspólnego z kulturą, ani satysfakcją z racji tej uprzejmości. Długofalowo zaczniesz odczuwać żal do siebie i niechęć do kontaktów towarzyskich. Żal, bo nie umiesz postawić granicy -> raz za razem robisz coś wbrew sobie. I niechęć -> bo coś, co z definicji miało być przyjemnością (spotkanie towarzyskie) staje się dla Ciebie dyskomfortem. Zupełnie jak ładne buty, ale o rozmiar za małe. Niby wiesz, że będą pasowały do sukienki; wiesz, że wypada je założyć i wiesz, że zostaniesz w nich dobrze odebrana, ale jednak co tydzień nabawiasz się większych odcisków.

To samo można przełożyć na wszystkie inne sytuacje, kiedy wiesz, że musisz być miły/miła, nawet wtedy, kiedy ktoś jawnie pluje Ci w twarz. Np. koleżanka, wytyka że znów Ci się przytyło i robi to publicznie. Wszyscy się śmieją – dobry żart, bo nie chodzi o nich.

Możesz wejść w otwarty konflikt, zripostować ją i czekać  na reakcję. I albo wygrasz publiczne wystąpienie, bo Twój żart będzie lepszy albo nie wygrasz, ale nie pozwolisz bezkarnie się obrażać.
Tak czy siak, stracisz koleżankę, a z nią najpewniej pewną grupę znajomych (zawsze ktoś stanie po przeciwnej stronie). Więc wybierasz ciszę, milczenie i ewentualnie wymuszony uśmiech. A koleżanka drwi dalej…

Nie chodzi o to, żeby prowadzić do otwartych konfliktów i za każdym razem, kiedy coś idzie nie po naszej myśli atakować innych. Ale jeśli milkniesz za każdym razem i czujesz, że ktoś przekracza Twoje granice, to jest właśnie to więzienie, o którym wspomniałam.

Bo w zdecydowanej większości, ludzie – jeśli tego nie wyegzekwujesz – nie będą szanować Twoich granic. Oni myślą przede wszystkim o sobie. Dopóki nie doświadczą czegoś na własnej skórze, to nawet nie próbują zrozumieć, że możesz czuć się z czymś źle.

Ale są też tacy, którzy wiedzą doskonale jak to jest, a i tak na Ciebie nie zważają. To właśnie typ ludzi, którzy wcześniej nie umieli postawić granic, których nikt nie bronił, a którzy teraz odczuwają potrzebę, żeby się zrewanżować.

Kiedy przez lata robisz coś wbrew sobie, to prędzej czy później przyjdzie frustracja, złość i bezsilność, a czasem potrzeba odreagowania – nie zawsze w rozsądny sposób.

A potem masz 40 lat, utracone plany i marzenia, znajomych nazywanych przyjaciółmi i pustkę w środku. Nie czujesz się Panem samego siebie, bo wiesz, że każdego dnia działasz pod dyktando innych. 

Ale jest też druga strona medalu. Maski zakładają też ludzie, którzy wiedzą, że bez nich niewiele osiągną. Mechanizm jest podobny, chociaż okoliczności nieco inne.

Chodzi o ludzi, którzy nie muszą udawać, ale robią to w celu osiągnięcia jak największych korzyści.
Mają swoją przeszłość, zazwyczaj niezbyt dobrą i wyrobili sobie ten mechanizm od najwcześniejszych lat. I znów – zazwyczaj chodziło o brak akceptacji.

Ktoś nie był lubiany w szkole, bo nosił zielone buty -> zamienił je na niebieskie i pasował do grupy.
Ktoś za dużo czasu spędzał zbierając kapsle, był wyśmiewany -> więc zaczął wdawać się w bójki osiedlowe, żeby pasować.
I to działało i działa za każdym razem. Zmieniasz coś i czekasz na reakcje. Jak są oklaski, aprobata to brniesz w to dalej, jak coś nie gra, komuś się nie spodoba -> zmieniasz narrację.

I jak to się kończy? Obgadywaniem w pracy, obieraniem właściwej strony konfliktu wedle aktualnego położenia (a nie zgodnie z tym, co naprawdę się myśli), tworzeniem urozmaiconych historii na własny temat (dalekich od rzeczywistości), a w skrajnych przypadkach nawet podwójnym życiem, np. z dwiema rodzinami.

Kiedy już zabrniesz za daleko w świecie masek, bardzo ciężko jest zrobić krok wstecz. Kłamstwo jest uzależniające, szczególnie kiedy Ci wychodzi i kiedy osiągasz za jego pomocą korzyści. Bo jeśli w towarzystwie nakłamiesz, że świetnie grasz w golfa, żeby zostać zaproszonym na elitarne przyjęcie i dostajesz to zaproszenie, to jak potem się z tego wycofać?
To tak jak z zarobkami. Jeśli sporo zarabiasz, a potem więcej i więcej, to cofnięcie tego procesu…boli.

Ale boli jeszcze bardziej, kiedy tracisz pracę z dnia na dzień. Czyli zostajesz poproszony o partię w tego golfa…I co wtedy robisz? Przyznajesz się czy łamiesz sobie rękę, żeby tylko się nie wydało, żeby kłamać dalej…?

Absolwentka studiów filozoficznych o specjalności komunikacja społeczna. Zawodowo przedsiębiorca w branży marketingowej, a prywatnie pasjonatka zagadnień na pograniczu medycyny oraz psychologii.

Opublikuj komentarz

Prawdopodobnie można pominąć