Praca na etacie czy własny biznes?

Jeszcze 20-30 lat temu młody człowiek (przynajmniej w naszym kraju) marzył o stabilnej pracy na etacie (najlepiej w państwówce), a ukończenie wyższych studiów niemalże gwarantowało mu ten ‘lepszy start’.

Dziś praca na etacie nie jest już postrzegana jako bezpieczna opcja, ale jako forma niewolnictwa. Rodzi się coraz więcej roszczeń w stosunku do pracodawcy i coraz mniej oferuje się w zamian. Taka jest perspektywa pracodawcy, a co na to pracownik?

Pracownik czuje się wykorzystywany, opłacany nieadekwatnie (za mało) do zakresu swoich obowiązków i kompetencji (chociaż tych często brakuje).
Z czego to wynika? Przede wszystkim z tego, że jesteśmy pierwszym/drugim pokoleniem, które miało okazję obserwować pracę zawodową swoich rodziców. Pracę, do której możemy się realnie porównywać, bo nie chodzi o harówkę w polu od rana do wieczora, czy o pracę rzemieślniczą na własny rachunek (rozliczaną wedle upodobania).

Jeśli nasz ojciec był listonoszem, a matka pracowała w banku, to mamy realny punkt odniesienia do tego samego typu pracy w dzisiejszych czasach. Dlatego, jeśli nasłuchaliśmy się o wyzysku (jaki faktycznie panował), o braku szacunku, o pracy ponad siły bez norm i często bezpieczeństwa, to są to pewne zakorzenione i podstawne obawy co do tego jak może wyglądać nasza przyszłość zawodowa. 

Kiedy nasi rodzice podejmowali się swojej pracy, często nie była to kwestia wyboru. Trafiali tam, gdzie akurat było zapotrzebowanie. Jeśli ktoś wyuczył się zawodu elektryka, to zostawał elektrykiem, nie było większej elastyczności, nie było więc też pola do negocjacji. I kiedy komuś udało się już zdobyć jakieś stanowisko, to za wszelką cenę starał się je utrzymać. Popularne było myślenie, że daną pracę trzeba mieć aż do emerytury albo czeka nas bezrobocie. Bezrobocie, a więc bieda. Bieda, więc głód.

Ale dziś jest inaczej. Dziś, jeśli komuś nie podoba się praca, rozsyła 30 CV w podobne miejsca i jeśli ma kompetencje, jest zdolny i ambitny, to jest w stanie zmienić pracę w ciągu 3 miesięcy. Ale jest coś jeszcze. Pojawiła się moda nie tylko na przebieranie w stanowiskach, ale też na zakładanie własnych biznesów.

Masz pomysł? Masz budżet? W zasadzie możesz ruszyć z dnia na dzień. Być sam sobie szefem. Pracować elastycznie, zarabiać ‘kokosy’ – nie dzieląc się z pracodawcą. Tak przynajmniej wielu osobom się wydaje.

A potem otwierają swoje ‘biznesiki’ i niszczą siebie, rynek i często działają na szkodę klientów, jeśli takich uda się im pozyskać.

Młodych ludzi krzywdzi się tak naprawdę, wmawiając im, że ‘mogą wszystko’, że nic ich nie ogranicza, że praca na własny rachunek jest łatwa i że każdemu może się udać.

I co z tego mamy? Ofiary pokonane przez własne ego, załamania nerwowe, depresje i dłużników. Bo biznes nie jest dla każdego.

Ktoś myśli: mam małe dziecko, otworzę warsztaty dla małych dzieci. A potem okazuje się, że dziecko choruje, musisz odwoływać zajęcia, a klienci proszą o zwrot pieniędzy. Ich nie obchodzi Twoje L4.

Komuś wydaje się, że jest dobrym programistą, więc rzuca etat, bo dostał ciekawy projekt. Jednorazowy…a następny nie przychodzi. A jak przychodzi, to okazuje się, że Twoje zdolności nie są już tak wysoko wyceniane. Wykonujesz swoją pracę należycie, ale klientowi się nie podoba, zgłasza milion poprawek. Odmówisz? Nie masz wynagrodzenia albo masz, ale razem z negatywną opinią w internecie.

Ktoś inny skończył studia i uznał, że jest świetnym dietetykiem, że tak wspaniale ułożył diety rodzinie i przyjaciołom. Otwierasz gabinet, płacisz czynsz, wrzucasz ogłoszenie, ale klientów brak…bo brak Ci rozgłosu…ludzie prędzej posłuchają rad znanego influencera, który przeczytał 5 artykułów blogowych o diecie, niż Twoich. No i jemu…nie muszą płacić.

Wszystko to wydaje się takie proste, byle: mieć ambicje, byle się nie poddawać, byle być wytrwałym, byle…pracować.
No właśnie.

Ale ludziom nie chce się pracować. Każdy chce jak najwięcej zarabiać, ale nikt nie chce się rozwijać. Bo przecież życie ucieka, wakacje mijają, a seriale same się nie obejrzą.

A założenie własnego biznesu to jest bardzo ciężka praca. To są elastyczne godziny, ale nie polegające na tym, że pracujesz kiedy chcesz, tylko wtedy kiedy musisz, i o 6 rano i o 14 i o 23, jeśli zajdzie taka potrzeba. To jest nieograniczone wygrodzenie, ale przez pierwsze lata starasz się, żeby w ogóle jakieś było.
Abstrahując od tak oczywistych kwestii jak podatki i ZUS, są jeszcze koszty, o których nie myśli się na co dzień. Opłata czynszu, rachunków, abonamentów, oprogramowania (jeśli jest potrzebne), pracowników (jeśli chcesz ich mieć), no i koszty reklamy, bo przecież klienci muszą skądś napływać. Jeśli nie planujesz się skalować, a biznes to tylko hobby, to możesz sobie pozwolić na doraźne projekty. Ale jeśli planujesz z tego wyżyć…to sprawa zaczyna się komplikować.

Własny biznes to też nieustanny stres i obciążenie psychiczne. Bo nie możesz skończyć pracy o 16 i zapomnieć, chyba że masz gdzieś swoich klientów i to, że coś się ‘wysypało’. Kiedy jesteś na etacie, to po zakończeniu pracy możesz się po prostu wyłączyć. Tutaj musisz stale być czujnym, reagować, być pod telefonem…albo nie mieć klientów = zarobku.

Założenie swojego biznesu to jak wejście w związek. Inwestujesz swój cały wolny czas, swoją energię, pieniądze, zdrowie i to bez gwarancji, że kiedykolwiek się spłaci, za to z ryzykiem, że może się rozpaść, a Ty zostaniesz z długami.

I to jest moment, w którym ludzi dopada załamanie nerwowe. Jeśli ktoś inwestuje lata, często rezygnując z życia osobistego, z rodziny, w coś, co znika bezpowrotnie, to często traci z tym też sens życia. 

Drugą stroną medalu tego całego przedsięwzięcia jest to, że w przypadku swojego biznesu, Twoim przełożonym staje się Twój klient. I możesz mieć nie jednego ‘szefa’, a wielu. Każdy czegoś chce, każdy chce na już, każdy może na Ciebie nakrzyczeć i żaden z nich nie musi Ci zapłacić. Za to z wielką chęcią obsmaruje Cię w internecie, jak tylko będzie miał taką okazję. A potem bardzo ciężko będzie Ci taką opinię wytłumaczyć. 

Dlaczego więc mimo tego wszystkiego, wiele osób woli rzucić etat i pójść na swoje?

Bo to wydaje się być bardziej atrakcyjne. I nikt tak naprawdę nie zrozumie ‘z czym to się je’, dopóki tego nie spróbuje. Pracując na etacie, widzisz tylko to, co jest w zakresie Twoich obowiązków. To, ile masz pracy, jakie dostajesz wynagrodzenie i jaka panuje atmosfera w firmie.

Czego nie widzisz?
-na przykład tego, jak trudne i kosztowne jest pozyskanie klienta
-tego, że pula klientów może nie spinać się na Twoje wynagrodzenie, nawet jeśli zarabiasz (wg Ciebie) niewiele
-często nawet nie wiesz, że Twoja praca nie jest pozytywnie oceniana przez klienta, jeśli nie masz z nim bezpośredniego kontaktu – wydaje Ci się, że pracujesz super, a to wcale nie musi być prawda

Wielu pracodawców musi dostosować się do klienta i trzymać jego stronę, nawet jeśli wiedzą, że nie mają racji. Ale to klient przynosi pieniądze, a nie pracownik. Dlatego oczywistym jest, że zazwyczaj to życzenia klienta będą miały priorytet.

A jacy są klienci? Często nie różnią się niczym od tłumów komentujących głupawe rolki na instagramie czy Tic Toku. W zasadzie to są dokładnie Ci sami ludzie. Mogą na Ciebie krzyczeć, mogą Cię obrażać. Nie są cierpliwi, życzliwi, uśmiechnięci, ale Ty musisz być. Czy jako pracodawca czy pracownik.

Bo ich nie obchodzi Twój konflikt z przełożonym. Nie interesuje ich to, czy pracujesz 6h czy 12h. Czy zarabiasz minimalną czy 30k miesięcznie. Czy masz umowę o pracę, czy jesteś na zleceniu. Oni chcą produkt najwyższej jakości i obsługę na najwyższym poziomie za jak najmniejszą kwotę. Jeśli się nie dogadacie, po prostu pójdą dalej, a Ty dalej będziesz walczył z szefem.

Absolwentka studiów filozoficznych o specjalności komunikacja społeczna. Zawodowo przedsiębiorca w branży marketingowej, a prywatnie pasjonatka zagadnień na pograniczu medycyny oraz psychologii.

Opublikuj komentarz

Prawdopodobnie można pominąć